• Wspomnienia z Bałtyku II

    Druga część wspomnień

    kapitana Marka Popiela z rejsów po Bałtyku,
    organizowanych przez Różę Wiatrów w sezonie 2011

    - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

     

    Świnoujście II

    Nowa załoga zbiera się powoli, więc mam dość czasu na drobne zakupy i prawdziwy obiad zamiast słoikowych ingrdiencji. Wieczorem jeszcze wspólna kolacja na mieście z nową

    załogą i kolejna noc na nieruchomej koi. Rano kąpiel, śniadanie, uzupełnienie wody i paliwa.

    Prognoza pogody zapowiada słabe wiatry z południa zatem trzeba z nich skorzystać – prosto w stronę Kopenhagi.

     

    Holviken Prognoza jak to prognoza. Do wieczora się sprawdzała co pozwoliło bez bólu dopłynąć do trawersu Jasmundu. Dalej zaczęły się schody z burzowymi szkwałami. i deszczem oraz wiatrami ze zmiennych kierunków lub w ogóle bez kierunku. Świeżym sternikom sterowanie sprawiało sporo

    trudności i nierzadko kończyło się wracaniem do Świnoujścia. Z punktu widzenia wizyty w Kopenhadze noc była stracona. Rano dopiero wiatr zdecydował się wiać z zachodu i jakkolwiek nie był to korzystny kierunek, przynajmniej wiadomo było czego się spodziewać Pod wieczór wiatr osłabł i aby zdążyć na ostatnie otwarcie mostu nad kanałem Falsterbo trzeba się było się przeprosić z silnikiem. Do główek dopływamy o ósmej i z daleka podziwiamy jak most się otwiera a potem zamyka. Trzeba było czekać godzinę na kolejne otwarcie. Wreszcie nadchodzi nasza pora i po przejściu pod skrzydłami mostu cumujemy do zewnętrznego pomostu mariny bez szukania jakiegoś lepszego miejsca.

    Kolacjaaaa!!!

     

    Christianshavnen

    Rano (t.zn. O 11 ) udaje się nam oderwać od kei. Nie było potrzeby się spieszyć, bo do

    przepłynięcia nieco ponad 20 mil a wiatr i tak miał się obudzić dopiero koło południa. Stawiamy

    więc grnuę i do pomocy bezana. Wiatr w plecy, więc grot tylko by przeszkadzał genui pracować.

    Najpierw starannie trzymając się wytyczonego toru, później już na przełaj, gdy głębokość na to

    pozwala płyniemy do Kopenhagi. 6 węzłów okazuje się zrozumiałe, gdy mijamy kolejne boje w

    Sundzie i kipiący wokół nich kilwater. Przy południowym wietrze nadmiar wody wraca z

    Bałtyku na ocean. Wchodzimy do portu. Mijamy zapchaną do ostatniego miejsca Longelinię i

    kierujemy się do kanału Christianshavnen. Wygląda, że i tu nie ma szansy na postój ale nagle, o

    dziwo, na wschodnim brzegu jest wolne miejsce opatrzone zieloną plakietką. Wprowadzenie z

    zaskoczenia długiego jachtu w taki zakamarek okazuje się trudnym zadaniem ale jednak, dzięki

    wspólnemu trudowi załogi się udaje. Nawet rufa nie wystaje zbyt daleko i tramwaj się za nią

    mieści. Kolacja w hippisowskiej knajpce w Christianii. Załoga rusza zdobywać Kopenhagę a ja,

    zostaję za psa łańcuchowego. Szlifowanie bruków już mnie nie rajcuje.

     

    Roedvik

    Ranek pochmurny. Budzi mnie alarm do wysłuchania prognozy pogody. Wiatr

    południowy do południowo wschodniego. Biednemu zawsze wiatr w oczy. W porcie wydawało

    się, że wiatr jest ze wschodu ale za każdym zakrętem wiatr zakręca również i wciąż wieje w

    oczy. Nadal otrzymuje się prąd na północ, więc wypadkowa prędkość wypada żałośnie. Za Nord

    Rose udaje się nawet postawić grota, ale z silnika zrezygnować nie można. Dopiero za Dragor

    można postawić genuę a nieco później nawet bezana. Szybkość zaczyna muskać 6 węzłów. Wiatr

    jednak słabnie i szybkość przestaje być imponująca. Przed 18 zrzucamy genuę, która nie

    pozwala nam płynąć dostatecznie ostro i znowu odpalamy silnik. Całe wybrzeże usiane jest

    palami na których rozpięte są sieci – trzeba uważać. Wreszcie tuż przed 19 wchodzimy do

    malowniczego lecz totalnie zapchanego Roedvik. Chwila przerwy na nabranie wody bo zaraz

    ruszamy dalej. Plany wieczornego wyjścia wzięły jednak w łeb, bo wiatr wysłuchał niemieckiej

    prognozy pogody i poszedł spać a perspektywa całonocnego słuchania silnika nikomu się nie

    uśmiechała. W nocy przeszedł ulewny deszcz. Rano nadal totalna flauta. Wreszcie coś się w

    powietrzu dzieje i koło 11.00 ruszamy na morze. Najpierw trzeba odpłynąć poza sieciowe

    ogródki potem stawiamy żagle. Na krótko, bo wiatr znika i powoli dryfujemy w stronę dopiero

    co pożegnanego lądu. Znowu kaszlaczek w ruch na cztery godziny. Wreszcie pojawia się

    nieśmiały powiew z zupełni nie przewidzianego kierunku czyli z południowego zachodu. Tego

    nie było w żadnej prognozie. Stawiamy najpierw nieśmiało grota, a gdy się to potwierdza,

    dostawiamy genuę i bezana. Lekki wiatr wystarcza aby jacht pomykał w stronę Arkony 5 do 6

    węzłów. Bałtyk znowu robi się mały. Niestety – początkujący żeglarze wierzą we wszechmoc

    kompasu i skoro na początku kurs wynosił 180 (czytaj 200) to trzymają się tego kursu nie bacząc

    na zmiany kierunku wiatru. Tym razem doprowadziło to nas do Dornbusch zamiast Arkony a to

    oznacza 17 mil prosto pod słaby wiatr. Więc znowu parę godzin motorkowania. Wreszcie na

    świtowej wachcie udaje się ominąć Arkonę i skierować jacht mniej więcej w stronę Świnoujścia

    Parę razy trzeba jednak wykonać korygujący hals bo wiatr uparcie wieje z południowego

    wschodu. W efekcie do mariny w basenie północnym cumujemy dopiero koło czwartej nad

    ranem. Wyspanie się przypadnie chyba dopiero na następną noc.

     

    Tejn

    Don Jorge mawia, że mądry skiper sztorm ogląda z portu. Słusznie, ale jak długo można

    być mądrym skiperem? Niedzielę przeczekujemy, śledząc prognozy pogody ale w poniedziałek

    decyduję się przeskoczyć Bałtyk z pomyślnym wiatrem na Bornholm, zanim się na dobre

    rozdmucha. Dodatkowego smaczku nadaje fakt, że jest nas tylko dwóch. Zaczyna się niewinnie

    – stawiamy na dziobie małego foka i w drogę kursem 015. Wiatr początkowo umiarkowany goni nas z prędkością 5 węzłów stopniowo nabiera jednak rozmachu. Pojawiają się deszczowe szkwały, które wygładzają fale pokrywając je warstwą piany, a foczek ciężko pracuje i patrzę na niego z niepokojem. Pomiędzy szkwałami fala rośnie imponująco. Od rana raz tylko sporządziłem dla nas gorący kubek i Jacek przygotował parę kanapek ze smalcem. O prawdziwym posiłku nie

    można nawet pomarzyć. Na wysokość Roenne dopływamy koło 22 ale przy takim wietrze i fali nie mam odwagi wchodzić do portu.

    Tymczasem wiatr zaczyna przekraczać w porywach 35 węzłów i fale rosną do naprawdę wielkich rozmiarów co utrudnia utrzymanie prawidłowego kursu.. Wreszcie mijamy Hammerodde i chowamy się za cyplem. Wiatr nie folguje ale przynajmniej fala zdecydowanie mniejsza. Chwilę walczymy z wściekle łopoczącym fokiem i już na silniku zmierzamy pod osłoną brzegu do Tejn. Allinge w nocy i przy takiej pogodzie uważam za niedostępne. Mijamy szereg statków, które kotwiczą pod osłoną wyspy i o 0315 cumujemy przy roboczym nadbrzeżu w Tejn. Dużego drinka za cudowne ocalenie i spać. Ciekawe, jak długo wypadnie nam tutaj czekać na zmianę pogody.

     

     

    Simirishamn

    Spokojnie prysznic, śniadanko i koło 09.30 oddajemy cumy. Najpierw pół godziny na

    silniku, żeby odpompować obfitą po poprzednim etapie zenzę i wreszcie, na wysokości Allinge

    stawiamy najpierw genuę, później do pary – bezana. Wieje czwóreczka z południowego zachodu

    i łódka pomyka żwawo 5 do 6 węzłów. Najpierw straszą nas trałujące obok nas kutry a później

    statki, których głębokowodną rutę właśnie przecinamy. Poza tym luzik i po kawce i pięciu

    godzinach leniwej żeglugi cumujemy w Simirishamn. O dziwo, port pustawy i miejsca dla

    Wodnika pod dostatkiem. W zestawieniu z Tejn czeka na nas tutaj metropolia. No... metropolijka.

     

    Sassnitz

    Prognozy zapowiadały czwórkę z zachodu, ale poranek w Simirishamn wygląda smętnie.

    Wszystkie flagi patrzą zdecydowanie w dół. Zjadamy solidne śniadanie i ruszamy w drogę. Początkowo wiedzie ona wzdłuż szwedzkiego brzegu i słaby wiaterek niczym czwórki nie przypomina. Stawiamy kolejno wszystko co mamy i jacht zaczyna żeglować coraz żwawiej. Po wyjściu za cypel lądu zaczyna wiać dobre 15 węzłów i prędkość oscyluje między 5 a 6. Lekka fala i słonko rozświetlające baranki na morzu dodaje uroku. Ujmuje uroku zbliżanie się do ruchliwej ruty, co w końcu zmusza bas do zrobienia zwrotu. Mój mądry komputer informuje mnie, że:”velocity making good” wynosi -2 węzły. Na szczęście zbiegowisko statków się rozchodzi i możemy wrócić na właściwy kurs. Zostało 42 mile. W miarę jak wysoki brzeg Jasmundu wynurza się zza horyzontu, wiatr łagodnieje i wreszcie czas przestać się oszukiwać. Zwalamy kolejno żagle i znowu donośny terkot naszego Perkinsa rozchodzi się po morzu. Jeszcze jedna niespodzianka w postaci południowej kardynałki w samym wejściu do portu i ostatecznie o północy możemy odstawić silnik i pogasić światła.

    Marina – widmo, strasząca martwo od paru lat zniknęła i stajemy longside przy falochronie. Do

    sanitariatów daleko, na szczęście stoją na kei tojtojki. Szybko spać.

     

    Znowu Świnoujście

    Poranek nie budzi nadziei. Wszystko co powinno łopotać zwisa smętnie.

    Cierpliwości – w Simirishamn też tak było. Więc śniadanie, krótki spacer po mieście połączony z degustacją niemieckiego piwa i tuż przed 12 oddajemy cumy. Na zatoce jakiś wiaterek występuje i to zgodnie z zasadą obowiązującą dżentelmenów – z baksztagu. Szybko stawiamy żagle i nawet

    mamy chwilę satysfakcji, bo wyprzedzamy niemiecką Bavarkę. Jednak na długo tego dobrego

    nie starcza i po dwóch godzinach cierpliwego ciułania wiatru odpalamy maszynę. Najlepszy ze

    znanych sposób zamiany węglowodorów na hałas. W końcu jednak wiatr się reflektuje i do

    samego Świnoujścia pomykamy 5 do 6 węzłów. Jacek dopuszcza mnie do steru tylko wtedy, gdy

    musi się cieplej ubrać lub nikotynowy nałóg bierze nad nim górę, No i jeszcze wtedy, gdy

    kapitana ogarnia głód bo od tej strony Jacek jest niezastąpiony. W marinie meldujemy się koło

    22 i poszukujemy miejsca do zacumowania. Pierwsza próba okazuje się niewypałem bo

    chodniczek na betonowym nadbrzeżu straszy jeszcze zbrojeniami a na dodatek nasz kabel nie

    sięga do rozdzielnicy elektrycznej. Po krótkim spacerze wybieram kawałek pirsu pomiędzy

    dwoma pływającymi pomostami. Miejsca na styk ale dajemy radę. Szybko spać. Rano

    pożegnanie z moim dzielnym załogantem i zaczynam czekanie na nową załogę.

     

     

    Marek Popiel


    - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

    *Kapitan Marek Popiel jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych polskich kapitanów jachtowych. Koledzy z którymi przekraczał koło polarne nazwali go Białym Wielorybem i pod tym żeglarskim imieniem jest powszechnie znany w środowisku.

     

    Dodaj komentarz

  • Wspomnienia z Bałtyku

     

    Z przyjemnością przedstawiamy pierwszą część wspomnień
    kapitana Marka Popiela* z rejsów po Bałtyku,
    organizowanych przez Różę Wiatrów w sezonie 2011

    - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

     

    Wodnik II

    Do Władysławowa docieram koło 0400. O siódmej ruszam na jacht. Jarek (mój poprzednik w roli kapitana) już nie śpi i wita mnie serdecznie. Zjadam śniadanie z resztką poprzedniej załogi i czekam na swoją, która pojawia się pojedynczo.

    Głównie młodzi i bardzo młodzi ludzie – jak to w Róży podczas wakacji. Organizujemy zakup gazu i zaopatrzenie prowiantowe.

    Wreszcie wszyscy są na jachcie więc mogę przeprowadzić pogadankę o szelkach, kibelku i nie wypadaniu za burtę. Kolacja i spać, bo pobudkę zapowiadam na 7 rano.

     

    Karlskrona

    Poranek mglisty i bezwietrzny zatem śniadanie można urządzić już na wodzie. Jeszcze ceremonia pożegnania się z bosmanem przez radio i w drogę. Zgodnie z jarkowym ostrzeżeniem, silnik ciągnie słabo i, jak to przy prawoskrętnej śrubie, jacht niechętnie skręca w prawo. Na szczęście basen we Władysławowie jest obszerny i wychodzimy w morze. Teraz zaczyna się nauka sterowania, bo wprawdzie wszyscy w załodze są żeglarzami, co to na Mazurach już z

    niejednego pieca jedli, to sterowanie dziesięciotonowym jachtem za pomocą koła okazuje się całkiem nowym doświadczeniem. 
    Powoli mgła się rozchodzi i pojawia się północnowschodni wiatr co pozwala wreszcie postawić żagle i ku powszechnej uldze odstawić łomoczącego Perkinsa.
    Kurs na Bornholm wypada nam 280 i początkowo udaje się to nam znakomicie. Rano przekładamy się na lewy hals

    ale i wiatr odchodzi zdecydowanie na południowy zachód więc okazuje się, że na Bornholm

    trzeba będzie halsować. Do Gudhjem mamy 30 i do Karlskrony 30 mil, ale za to baksztagiem.

    Wybór jest prosty – Karlskrona też przecież była w planie. Rozdartego foka wymieniamy namałego kliwra ale i tak z wiatrem i rosnącą falą lecimy 6-7 węzłów. W Karlskronie meldujemy się o 1600 i po kilku przygodach na lądzie idziemy spać na równym kilu.

     

    Rano uzupełnienie „płynów ustrojowych” silnika i przygotowanie żagli na dalszą podróż. W miejsce porwanego stawiamy mały fok ale wierząc prognozie pogody zamiast maleńkiego kliwerka przygotowujemy okazałą genuę. Jeszcze wizyta w muzeum morskim i w drogę. 
    Na początek zostawiamy na kei Justynę, uzbrojoną w aparaty fotograficzne, by zrobić zdjęcia jachtu pod żaglami. Kręcimy na zewnątrz falochronu ósemki po czym odbieramy naszego fotografa i w drogę.

    Początkowo wiatr nam sprzyja, więc można nawet odstawić silnik ale po wyjściu na „Ittre Reede” wieje już regularnie w twarz. Jacht mozolnie czołga się w kierunku „bociana” zamykającego zatokę. Potem jeszcze kawałek do bramki

    między szkierami gdzie wypada o włos minąć się z promem.
    Wreszcie mijamy wszelkie przeszkadzajki i można postawić znowu żagle.

     

    Christiansoe

    Wieczór i noc pod żwawy wiatr przepływamy na małym foku i drugim grocie. W nocy wiatr jednak słabnie i nasz kurs coraz bardziej mija się z Bornholmem. Wymieniamy foka na genuę i żegluga nabiera świeżości. Kiedy uznaję, że po zwrocie kurs wypadnie nam na Hammerodde robimy zwrot na west. Ale po drodze leżą przecież malownicze skały Christiansoe. Jakże je pominąć?

    Do porciku wchodzimy o 1200. Załoga wypuszcza się na wycieczkę dookoła wyspy, co nie trwa długo, bo wysepka jest maleńka, po czym Tomek z Przemkiem zabierają się za obiad a reszta załogi idzie się wykąpać w słonawej wodzie. Po obiedzie żegnamy się z malowniczymi wyspami.

    Wiatr robi w porcie spory przeciąg i obrócenie łódki wymaga odrobiny zręczności ale wszystko kończy się dobrze. Zdradliwe skałki obok wejścia za nami, żagle postawione i tylko szot od genuy robi się w pewnym miejscu niebezpiecznie cienki. Kurs na Hammerodde.

     

    Roenne

    Wiatr z południa pozwala kurs na przylądek Hammerodde trzymać bez trudu. Trochę ostrzymy za przylądkiem i jeszcze przy dziennym świetle mijamy ruiny Hannershus. Wieczorem pojawiają się szkwały z deszczem, łódka przyspiesza chwilami do 8 węzłów. Pomny mizernego stanu żagli wywołuję męską część załogi do zmiany genuy na foka.
    Gdy wreszcie, zresztą przy współudziale pań, operacja zostaje zakończona, deszcz ustaje a i wiatr słabnie.
    O bladym świcie wchodzimy do mariny. Śniadanie, kąpiel i młodsza część załogi pod pretekstem uzupełniania prowiantu pędzi do miasta. Bardziej dorosła zamawia konsultacje z pracy na mapie.
    Wreszcie obiad i w drogę.

     

    Świnoujście

    Świerzy wiatr z SW zmusza nas w celu oddalenia się od wyspy, płynąć początkowo w kierunku nieco powyżej zachodniego. Po zwrocie udaje się utrzymać z trudem kurs 170 stopni. Jeszcze wyspa nie znikła za horyzontem gdy wiatr cichnie zupełnie. Wyłączamy dla oszczędności prądu nawet światła nawigacyjne, zostawiając jedynie białe światło na topie masztu. Nad ranem wiatr jednak rusza i powoli odchodzi ku zachodowi. Kurs na Świnoujście jest już osiągalny. Tylko przez godzinę musimy słuchać łomotu silnika dla ekshumowania zdychających akumulatorów. Szybkość rośnie wraz z przechyłem jachtu. Ku żalowi załogi dysponuję zamianę genuy na małego foka. Łódka się nieco podnosi a na horyzoncie zaczynają majaczyć dźwigi Świnoujścia.
    Wiatr tężeje do regularnej ósemki.
    Wreszcie zwalamy grota i na foku wspieranym silnikiem wjeżdżamy do ujścia Świny. Na wszelki wypadek zgłaszam wejście na 12 kanale bo ruch tu jest spory. Po krótkiej rundce wokół zatłoczonego basenu północnego

    znajdujemy przytulne miejsce przy lśniącym nowością nadbrzeżu. Uczynni żeglarze odbierają

    cumy i tak stoimy. Pora pożegnać się z miłą i pełną zapału załogą.

     

    Marek Popiel

    Dodaj komentarz

  • Stary blog – nowy blog

    W 2007 roku powstał nasz pierwszy firmowy blog. Nadal, pod adresem: http://nazakladzie.blox.pl/2007/12/START.html, można zobaczyć pierwszy wpis. Przez kolejne lata, bardzo nieregularnie pojawiały się tam wpisy dotyczące życia naszego ośrodka. Okazało się jednak, że za wiele się dzieje i nie sposób prowadzić bloga na bieżąco. Dlatego, od ponad roku nie było tam żadnego wpisu.

    Wraz z nową odsłoną naszej strony powstaje nowy blog. Będzie on trochę inny niż nazakladzie.blox.pl, dlatego stary blog jeszcze w sieci zostaje.

    Będziemy pisać głównie o sprawach związanych z obozami młodzieżowymi i koloniami. Zapraszamy do śledzenia wpisów na naszym blogu!

    Załoga Róży Wiatrów

    Dodaj komentarz

  • Dawne obozy żeglarskie, czyli okiem tetryka :-)

     

    załoga podczas szkolenia na patent żeglarza jachtowego

    Dawne obozy żeglarskie miały swój specyficzny klimat...

    A nawet nie takie dawne obozy, bo jeszcze kilka, kilkanaście lat temu… 
    W ich specyfikę było na stałe wpisane robienie sobie żartów z kursantów sposobem „na kilwater”, czyli wysyłanie biednych załogantów a to po wiadro kilwateru, a to po rumby, a to po klucz do brytów. 
    Jednym z najdotkliwszych dowcipów było wybieranie wody ze skrzynki mieczowej. Znam przypadek, kiedy instruktor zapomniał o biednym kursancie, wybierającym wodę gąbeczką tak maleńką, żeby mu weszła do skrzynki na Omedze, i poszedł coś załatwiać. Zorientował się dopiero, gdy kursant nie przyszedł na obiad. Chciał koniecznie wybrać tę wodę przed obiadem.
     
    Teraz jest inaczej (czyżbym już doszedł do wieku, w którym się narzeka na złe czasy?), teraz klienta trzeba szanować i takie "grubiaństwo" nie uchodzi. Obozowe zwyczaje inicjacyjne, które stwarzały (pozorne przecież) bariery wstąpienia do braci żeglarskiej, są teraz określane mianem chamstwa i są uważane za objaw niedostosowania do współczesnych standardów. Nawet poranny apel i stawianie bandery jest często traktowane jako zbyt staromodne.
     
    Ale z całego tego folkloru dawnych obozów żeglarskich, przypomnieć chciałem właśnie te żarty „na kilwater”.
    Obserwując, co wyrabiają dziś klienci firm czarterowych, uzmysłowiłem sobie pożyteczny wpływ tego zwyczaju. 
    Kursanta, którego udało się wkręcić w jakiś tego typu żart, zaraz ktoś inny próbował wkręcić po raz kolejny. Bo jak raz się udało, to złapanie go na podobny numer było jeszcze większym wyzwaniem. 
    I tak do skutku. 
    Aż wreszcie w kursancie, i innych, którzy to obserwowali, pojawiało się silne przekonanie, że nic tak naprawdę nie wie i że koniecznie musi się dowiedzieć. 
    Wbrew pozorom, te głupie być może żarty, były niezwykle cenne w procesie szkolenia. 
    Były naprawdę silną motywacją, żeby nie pozostać „głąbem” i wykuć wszystko tak, żeby nikt już się nie śmiał śmiać. 
    Poza tym były dobrym sposobem na uświadomienie kursantom poziomu ich ignorancji. A świadomości własnej ignorancji brakuje dziś na Mazurach najbardziej.
     
    Oczywiste jest, że kapitanowie mazurskich jachtów prezentują przeróżny poziom.
    Są doświadczeni skipperzy, którzy od lat spędzają 3, 4 miesiące na wodzie, są przygodni żeglarze, raz na kilka lat czarterujący jacht na tydzień. 
    Ci drudzy też mogą być zupełnie przyzwoitymi żeglarzami, pływającymi pewnie i bezpiecznie. Ale potrzeba do tego świadomości własnych ograniczeń. 
    To jest moim zdaniem najważniejsza cecha odpowiedzialnego żeglarza. Wiedzieć, ile potrafi i na co może sobie pozwolić. 
    Oczywiście, każdy popełnia błędy i każdemu może się zdarzyć jakiś wypadek, ale podchodzenie do kei na żaglach na motyla nie świadczy o pomyłce, tylko o całkowitym braku wiedzy.
    A takie podejście do kei widziałem na kursie instruktorskim!
    Rozsądny człowiek, który nie potrafi podchodzić na żaglach do kei, może moim zdaniem bezpiecznie pływać. Ale musi wiedzieć, że odpowiednio wcześniej ma zrzucić żagle i pomóc sobie wiosełkiem lub silnikiem.
    Niestety, dominującą postawą jest megalomania. Często skrajna megalomania, objawiająca się silnym przekonaniem o własnej doskonałości.
     
    W czasie ostatniej majówki obserwowałem te zjawiska z prawdziwym przygnębieniem. 
    Pierwsze wyszły z portu trzy Tanga. To, które sobie „najlepiej” radziło (jako jedyne nie wylądowało w trzcinach), pływało na samym grocie z wybraną topenantą. Bom był pod takim kątem, że grot w półwietrze łopotał, mimo maksymalnego wybrania szotów. Zrobienie zwrotu przez sztag nie udawało im się ze trzy razy. Ale trzeba przyznać, że w miarę się ogarnęli i oddali te Tanga w niezłym stanie. 
    Inna (dziewczęca) załoga wzywała serwis z powodu silnego dryfu. 
    Bosmani pojechali przygotowani do naprawy miecza. Na miejscu okazało się, że cała załoga z całych sił ciągnęła i ciągnęła za fał, a miecz i tak się nie opuszczał... Bosman podszedł, odknagował fał, pokazał im, że wystarczy go poluzować, żeby miecz zszedł, a wybierać, jak chce się miecz podnieść, nie opuścić.
    Na koniec przypłynął nowiutki Twister z podartym grotem. Klasycznie – przy kładzeniu masztu pełzacze zostały w likszparze. Jeden rozerwał lik, remizkę, wzmocnienie i liklinę. Oczywiście, młodzi ludzie, którzy pływali na tym jachcie, byli oburzeni, że nie dostali zwrotu kaucji. 
    „Szycie takiego żagla kosztuje 20 zł! Wiemy, bo zszyliśmy” 
    Niestety, zszyli tak, że nawet nie dopłynęli ze Sztynortu do Węgorzewa. 
    Każdy, kto ma pojęcie, wie, że likliny w żaglu nie da się związać… 
    Trzeba cały żagiel rozkuć, zdjąć wszystkie pełzacze, remizki, poodpruwać wzmocnienia, rozpruć cały lik od rogu fałowego aż do halsowego. Potem wszyć liklinę i wszystko pozszywać, i pookuwać od nowa. 
    Za 20 zł zrobić się tego nie da...
     
    Każdy kurs żeglarski – choćby i nie wiem jak długi i intensywny – jest dopiero wstępem do nauki żeglarstwa.Ta, jak wiadomo, trwa całe życie. 
    Najważniejsze jest, żeby wpoić w adeptów tej trudnej sztuki, świadomość, jak wiele mogą się jeszcze nauczyć i zachęcić, żeby to robili. 
    Może stare proste metody, które dobrze działały, wartoby wskrzeszać i kultywować?
    Gdyby młodego człowieka posłano kilka razy po klucz do brytów, to może nauczyłby się każdej linki w żaglu na pamięć, zrozumiał, jak to wszystko współgra i pracuje… 
    Może, gdyby dziewczyny wybierały wodę ze skrzyni mieczowej, to w końcu wpadłyby na to, że woda nabiera się od dołu i zrozumiały, jak to całe urządzenie działa…. Po prostu zrozumieliby, że trzeba się nauczyć, co i jak na tej łajbie. 
    Kursanci powinni wiedzieć, że „trzeba mieć pojęcie o okręcie”, a jak chce się naprawdę zaszpanować w porcie, to trzeba mieć piękny klar, pięknie podejść, pomóc innym, odejść z klasą. Bez miotania się, bez krzyku i paniki. A nie największy i najbardziej „wypasiony” jacht...
    Ale…
    Czy oni w to uwierzą?... 
     
    mlesky
     
     

    Dodaj komentarz